Kilka słów od autorki.
Konbanwa! Jak się macie, Wy którzy tu zaglądacie? Ja jestem zmęczona, jutro mam tyle do zrobienia ;_;. No, ale to nie jest mój kącik żalu, nie będę narzekać na życie. Zapraszam do czytania i jak najmocniej przepraszam za błędy, których jest tu na pewno pełno, bowiem nie sprawdziłam dokładnie. Niech słodycz melonowego chlebka osłodzi Wam ten tydzień. *3*
~Bye, bye.
Porucznik poważnie zastanawiał się nad tym jak długo jeszcze zdoła wstrzymywać oddech, by nie dopuścić do siebie smrodu jakie roztaczała dziewczynka. Ile ona tam mogła być? – zadał sobie pytanie w myślach patrząc na jej nogi.Od kostek do kolan były nieskazitelnie białe, ale stopy były czarno-brązowe, umorusane w czymś o czym nawet nie chciał myśleć. Przeciągnął wzrok na ręce. Kompletnie zmasakrowane dłonie i poranione przedramiona, obsypane piachem. Anielska twarz dziecka była teraz rozpalona, a zaraz pod lewym okiem z średniej wielkości rozcięcia sączyła się powoli krew. Mężczyzna westchnął. Zapomniał na chwilę o zapachu, jednak długo nie czekał by zaraz się nim zachłysnąć i doprowadzić się niemal do płaczu. Nie wytrzymam tego. – jęknął i zerknął tęsknie w stronę mijanej sadzawki. Kapitan wydała jednak wyraźne polecenie by zabrać ją szybko do czwartego oddziału, nie miał wyboru, jedyne co mógł zrobić to przyspieszyć kroku.
Isane wypełniała papierkową robotę przy
swoim biurku gdy jedna z pielęgniarek wpadła do jej pokoju.
- Sytuacja awaryjna, mamy ciężko ranne
dziecko.
Szarowłosa skinęła lekko głową i podwinęła
rękawy. Prowadzona przez blondynkę w różowym kitlu znalazła się w głównym hallu
gdzie porucznik Omeada stał z małą fioletowowłosą dziewczynką na rękach.
-Znaleźliśmy ją na pustyni. – powiedział, gdy
tylko zobaczył porucznik 4 oddziału.
-Rozumiem. Zajmiemy się nią możesz już odejść.
-Muszę prosić o natychmiastową informacje o
jej wyzdrowieniu.
-Chyba nie chcecie jej przesłuchiwać, to
tylko dziecko. – spojrzała na jej twarz skąpaną w niezdrowym rumieńcu – Nieważne. – nie
pozwoliła mu odpowiedzieć. –Nosze. – rzuciła komendę, dziewczynka po chwili była
wnoszona do wielkiej łaźni.
Wicekapitan przywołała do siebie jedną
pomocniczkę, reszcie kazała wyjść. Zdjęła z dziewczynki ubrania i zdziwiona
odłożyła zapieczętowany miecz na bok. Rozpoczęła mycie, nie mogła zacząć jej
leczyć kiedy wszystkie rany były zabrudzone. Z przyniesionego wcześniej słoja
wysypała aromatyczne zioła, które zabarwiły wodę na jasny odcień zieleń.
Ostrożnie ułożyły nieprzytomną dziewczynkę w wannie i rozpoczęły oczyszczanie
jej z brudu, woda szybko straciła swój piękny kolor i stała się brunatno
brązowa, a jednak kiedy wyjęły pacjentkę i zaczęły ją wycierać była czysta,
nieskazitelnie biała, jedynie z różowych ran wylewała się czerwona,
kontrastująca posoka. Kotetsu oceniała stan jej ran, te na dłoniach wyglądały
jak szarpane, przedramiona były całe pocięte, podobnie jak uda.
-Wygląda na to, że się czołgała. – zauważyła
cicho zakładając krótką koszulę na jej nagie ciało. Zabrała się do smarowania i
bandażowania ran, w końcu dotarła do twarzy dziecka. Czerwona stróżka cały czas
leniwie wypływała z ranki pod okiem. Nie mogła zatrzymać krwawienia,
żadna maść nie chciała działać, a naklejony plaster szybko przesiąkał krwią. W
końcu doszła do wniosku, że poprosi Hanataro o zatamowanie tej jednej rany, a
na razie odniesie ją do sali. Wychodząc z łaźni zauważyła Kapitana Hitsugaye
rozmawiającego o czymś z uśmiechniętą kapitan Unohaną. Kobieta w warkoczu
szybko skończyła z nim rozmowę i podeszła do swojej podwładnej.
-Isane, co się stało temu aniołkowi?
-Znaleziono ją w takim stanie na pustyni,
pani kapitan.
Powieki fioletowowłosej uchyliły się. Złote
przymrużone oczy przeniosły się z białowłosego chłopca w dziwnym ubraniu na
kobietę o okropnie związanych włosach.
-Obudziła się. – zauważyła Isane. – Nie bój
się słoneczko jesteś tu bezpieczna.
-Nie czuje nóg. – zignorowała jej uwagę.
Kobieta w białym ubraniu podobnym do chłopca
z oddali zmarszczyła brwi.
-Zaraz się tym zajmiemy.
Położono ją w szpitalnym łóżku, a czarnowłosa
zaczęła oględziny jej nóg.
-Taichou.. ja przepraszam, nie zauważyłam
problemów z jej nogami.
-Nie masz za co. – Unohana odsunęła się od
łóżka – Ja też ich nie widzę. – dodała ciszej, a jej wicekapitan starała się
ukryć szok przed dziewczyną leżącą w łóżku.
Obie kobiety wyszły zostawiając osuwającą
się znów w objęcia morfeusza dziewczynkę.
Unohana przejrzała już wszystkie kompendia
wiedzy medycznej jakie tylko miała, a jednak nic nie tłumaczyło choroby
dziewczynki. Niemożności poruszania nogami, odczuwanie przerażającego
chłodu, brak reakcji na dotyk. Zbadała nawet jej kręgi i próbowała ustalić czy paraliż jest związany z
układem nerwowym, ale i tam nic nie znalazła. Rozważała truciznę, ale
toksykologia nic nie wykazała. Nawet Minazuki nie zdołała jej uleczyć. Była
jedna osoba... szalona, która mogłaby znaleźć jakieś niekonwencjonalne
rozwiązanie, ale Unohana wiedziała, że dyrektor Sekcji Rozwoju Technologii nie
pomoże za darmo. Westchnęła cicho.
-Isane. – przywołała do siebie dziewczynę. –
Pójdziesz do Kapitana Kurotsuchiego, dasz mu to. – wręczyła jej kopertę.
Szarowłosa już miała coś powiedzieć, ale jak
zawsze wycofała się w ostatniej chwili. Wzięła kopertę od dowódcy i
pognała w stronę baraku oddziału 12. Nikt nie lubił tam przychodzić. Mayuri
Kurotsuchi był znany ze swoich okrutnych eksperymentów, więc Isane korzystając
z okazji dała list jego córce, samej pośpiesznie się oddalając.
Nemu szybko biegła w stronę laboratorium
swojego ojca zatrzymując się idealnie przed drzwiami i pukając jedynie dwa razy,
przypomniała sobie, że ostatnio gdy zapukała trzy razy kapitan nie był
zadowolony.
-Kurotsuchi-sama. – zaczęła gładko jeszcze
zza drzwi.
-Czego chcesz Nemu, jestem zajęty.
-Proszę wybaczyć mam list od kapitan
Unohany.
-Wejdź. – rozległo się zza drzwi, odczekała
sekundę i weszła kłaniając się swojemu kapitanowi.
Mężczyzna pociągnął gwałtownie za kopertę
rozcinając przy tym w jednym miejscu dłoń wicekapitan, nie przejął się tym specjalnie. Szybko rozdarł zamknięcie
i wyjął kartkę zapisaną schludnym pismem dowódcy 4 oddziału. Kiwał przy tym
głową, a w pewnym momencie oczy zalśniły mu niebezpiecznie.
-Wspaniale! Wiem co jej jest. – rzucił za
siebie zmiętą kartkę i ruszył przed siebie zbierając po drodze fiolkę stojącą w głębi szafki. –
Nemu przypomnij mi później żebym cię ukarał za wykonywanie zadań należących do
kogoś innego.
-Tak jest, Kurotsuchi-sama. – dziewczyna
skłoniła się głęboko i pobiegła za niebieskowłosym.
Tym razem do jej pokoju weszła nie tylko
okropnie-uczesana-Unohana, ale też wymalowany demon i piękna lalka. Nie było
jednak z nimi głośnego grubasa. Właśnie
tak w myślach nazwała ludzi leżąca od tygodnia w łóżku dziewczynka. Wymalowany
demon – mężczyzna o niebieskich włosach, żółtych zębach, złotym nakryciu głowy
i tym samym dziwnym płaszczu który nosiła paskudnie-uczesana-Unohana, zbliżył
się z potwornym uśmiechem do jej nóg. Patrzyła na niego zaciekawiona, ale nie
wystraszona, co wyraźnie go zirytowało.
-Nie boisz się? – spojrzał na nią kątem oka
pochylony nad jej nogami, nie odpowiedziała – Zadałem pytanie.
-To na nic, nie odezwała się do nas słowem
odkąd powiedziała, że nie czuje nóg. – powiedziała zmartwionym tonem dziwnie
uczesana.
-Więc może powinienem zrobić coś żeby
zaczęła krzyczeć. – uśmiechnął się do swojego pomysłu, ale na twarzy
najlepszego medyka seiretei można było dostrzec przez krótką chwilę postać,
którą była zanim Kurotsuchi został kapitanem 12 oddziału. Mimowolnie przeszedł
go dreszcz. Przeklął w myślach człowieczeństwo, które jeszcze w nim
zostało dodając kilka soczystych przymiotników. – Nic dziwnego, że nie mogłaś jej wyleczyć. To bardzo rzadkie zaklęcie
pieczętujące, bakudo 200 poziomu.
-Dwusetnego. – wydała się poruszona,
dziewczynka przeciągnęła nawet na nią wzrok.
-To zakazane zaklęcie, wiąże reiatsu
właściciela wpuszczając przy tym do zainfekowanego miejsca moc użytkownika
techniki, które pieczętuje ruchy, a przy tym jest niewykrywalne. Znam tylko
jedną osobę, która potrafi je usunąć i macie szczęście, że kiedyś mogłem
zobaczyć jak to robi. Uprzedzam to nie będzie przyjemne. – uśmiechnął się i
jednym szybkim ruchem głęboko rozciął obie nogi dziewczyny, tuż przy kostkach.
Krew trysnęła mu na twarz, wyglądał przerażająco. Przerażona otworzyła szerzej oczy i zacisnęła dłonie na prześcieradle, nie krzyczała, dalej nic nie czuła.
-Mayuri.. – zaczęła Unohana, ale Nemu
złapała ją za ramię.
-Proszę zaufać Kurotsuchi-samie, pani
kapitan.
Tymczasem mężczyzna oblewał swoje dłonie
zielonym płynem z fiolki.
-Ty, który masz moc ciemnej nocy, usuwający
lisie demony, samotny, najmądrzejszy, dzielny. Wyrwij korzenie zła, wznieć
tajfun oczyszczenia. – Ręce niebieskowłosego zalśniły srebrnym blaskiem.
Brutalnie włożył je w rany na nogach dziewczyny, a z chwilą gdy to zrobił jej
całe ciało ogarnęła ogromna czarna aura z fioletową otoczką. Dwójka kapitanów
wydała się przez chwilę tym przytłoczona. Nie spodziewali się, że będzie w
stanie wytworzyć reiatsu na poziomie kapitana. Włosy dziewczynki uniosły się w
górę jakby zwiane przez wichurę. Po chwili wszystko ustało, a ona skrzywiła się
patrząc na swoje nogi. Unohana natychmiast uruchomiła kaido, bez wymawiania
żadnej inkantacji i zabrała się do leczenia ran dziewczyny.
Mężczyzna z numerem 12 na plecach właśnie
otwierał drzwi.
-Dziękuję. – powiedziała do niego
fioletowowłosa.
-Nie myśl, że zrobiłem to za darmo. –
odpowiedział nie do końca pewny czy mówi to do dziewczynki czy do Unohany,
uśmiechnięty ruszył planować nowe ciekawe doświadczenie, na które wpadł przy
dziewczynie.
-Isane! – przywołała do siebie szarowłosą
Drzwi otworzyły się cicho.
-Nasza pacjentka wyzdrowiała, dopilnuj, aby kapitan Soifon się o tym dowiedziała.
-Nie będzie takiej potrzeby. – dziewczynka
rozpoznała głos grubasa i skrzywiła się nieco na wspomnienie o tym jak głośny
potrafi być. Dziś był jednak poważny. – Zabieram ją natychmiast na
przesłuchanie.
-Powinna jeszcze.. – nie dokończyła Kotetsu,
bo dłoń kapitan spoczywała teraz w uspokajającym geście na jej ramieniu.
Westchnęła, nie mogła nic zrobić. – Została wyleczona, ale może mieć zanik
mięśni w nogach i prawdopodobnie nie będzie w stanie szybko się poruszać. –
mężczyzna skinął głową.
-Jest coś jeszcze. – dodała czarnowłosa –
Czułeś wcześniej to reiatsu? – przytaknął – Należało do niej.
-My-myślałem, że to Kenpachi ściągnął opaskę
od kapitana Kurotsuchiego. – zszokowany spojrzał na zdziwioną dziewczynkę. – po
chwili ciszy doszedł do wniosku, że nie ma czasu się teraz nad tym zastanawiać,
podziękował członkom 4 oddziału i wziął małą na ręce.
-Puszczaj grubasie mogę iść sama. –
powiedziała spokojnym głosem, po minucie jego szybkiego biegu.
-NIE JESTEM GRUBY TYLKO PULCHNY! –
wykrzyczał jej niemal do ucha, skrzywiła się lekko patrząc na niego z wyrzutem
– Mogłabyś okazać trochę szacunku w końcu to ja Cię tu przyniosłem. –
zignorowała jego wypowiedź.
Postawił ją na ziemi dopiero przed wejściem
do baraków 2 oddziału. W środku były o wiele bardziej ekskluzywne od tych należących do oddziału
4. Podgrzewana podłoga, pięknie pomalowane ściany, drzewka bonzai, a mijając
dwójkę zamaskowanych mężczyzn dosłyszała coś o gorących źródłach. Ona jednak
została zaprowadzona do mniej przyjemnego, ciemnego miejsca i posadzona na
chybotającym się krześle. Nie czekała długo, do środka weszła po cichu szczupła,
niska kobieta o czarnych włsach związanych w dwa warkocze. Nosiła ten sam biały
płaszcz co Unohana, więc dziewczynka domyśliła się, że musi być kimś ważnym.
Drzwi zamknęły się za nią z głuchym łoskotem. Stanęła naprzeciw krzyżując ręce
na piersi i mierząc ją wzrokiem.
-Jak się nazywasz? – zadała w końcu pytanie,
miała taki ostry ton głosu, fioletowowłosa wiedziała, że lepiej odpowiadać na
wszystkie pytania.
-Nie mam imienia, przynajmniej go nie
pamiętam.
-Skąd jesteś? – kontynuowała nie wzruszona
jej odpowiedzią.
-Nie wiem.
-Jak znalazłaś się na pustyni?
-Wyszłam z jakiejś podziemnej jaskini.
-Jak dostałaś się do podziemi?
-Nie wiem obudziłam się tam..- kontynuowała lakonicznie.
-Czyje to zanpaktou? – rzuciła znaną jej
broń pod nogi
-Nie wiem, leżało obok mnie w tej jaskini.
Co to jest zanpaktou?
-To ja zadaję tu pytania. Czy ktoś był z
tobą w jaskini? –złotooka zawahała się, nie była pewna czy chce odpowiedzieć –
Mów.
-Tak, jakiś mężczyzna. Powiedział mi żebym
szybko uciekała bo oni mogą wrócić.
-Jacy oni?
-Nie wiem.
Czarnowłosa westchnęła.
-Omeada..- mężczyzna otworzył drzwi – Zbierz
grupę i przeszukaj miejsce gdzie ją znaleźliśmy, powinna tam być jakaś jaskinia
macie ją przebadać.
-Tak jest. Taichou co będzie z tym
dzieciakiem? Uwolniła takie reiatsu.
-To nie twoja sprawa. Jazda, wykonać
rozkaz.- pulchny mężczyzna oddalił się w pośpiechu pokrzykując na kolegów z
oddziału.
-Teraz, kiedy jesteśmy same. – spojrzała w
złote oczy dziewczynki, były podobne do oczu jej mistrzyni.. –
Będziesz uczęszczać do akademii shinigami oraz pobierać praktyki u mistrzów w
Onmitsukido. Omeada za wszystko zapłaci, nie przejmuj się. Teraz twoje
zakwaterowanie... – Fioletowowłosa nie do końca rozumiała kim są shinigami lub
dlaczego kapitan-surowy-wzrok jest jej przychylna, ale doceniała to. –będziesz
mieszkać w akademiku naszego baraku. Wszystko jasne? Któryś z oficerów pokaże
ci dokładnie twoje mieszkanie. - spojrzała na nią ostro - Jeżeli twoje szkolenie się powiedzie przyjmę cię do swojego oddziału, może nawet zacznę szkolić. Wracając do kwestii braku imienia, od dziś jesteś Mao Feng, noś to imię godnie i nie zszargaj mojego nazwiska. Masz się do mnie zwracać kapitan Soifon lub kapitan Feng.
-Dziękuję, ale dlaczego to wszystko dla mnie robisz, Soifon-sama? - kapitan przygryzła wargę, dziewczynka jak na swój wiek zadała nadzwyczaj problematyczne pytanie, z drugiej jednak strony nie miała pojęcia ile tak na prawdę ma lat, więc.. - Soifon-sama? - wyrwała ją z myśli, maska obojętności natychmiast wróciła na twarz czarnowłosej.
-Porozmawiamy o tym, kiedy dołączysz do mojego oddziału, teraz powinnaś zająć się treningiem. - odpowiedziała zdawkowo i machnęła na jednego z jej niżej położonych podwładnych. - Pokaż jej mieszkanie, później zaprowadź do Shinoreijutsuin i wskaż drogę do mentorów z Onnmitsukido. Nie zapomnij miecza. - rzuciła na pożegnanie i użyła shunpo, by jak najszybciej oddalić się od ciekawskich złotych oczu.