Etykiety

niedziela, 16 lutego 2014

Bleach I

=3=
Kilka słów od autorki
Konbanwa! Mój pierwszy rozdzialik, proszę bardzo! Korzystajcie z dobrodziejstw, które tu daje *rozrzuca melonowy chlebek*. Jeśli ktoś TO kiedyś przeczyta i dojrzy tu błędy albo nie daj boże mu się spodoba,  to proszę śmiało komentować, będzie mi miło. Przepraszam, że krótkie, i że (zapewne) pełne błędów. 
~Bye, bye.

Ciemność. Obudziła się w ciemności. Spróbowała wstać - nadaremnie. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Usłyszała swój świszczący oddech, denerwowała się coraz bardziej. Zaczęła błądzić dłońmi wokół, starając się przy tym wyczuć ściany, zorientować się gdzie jest. "Co to?" - zapytała samą siebie. Uważnie obracała w dłoni podłużny przedmiot.
 Jakiś sznurek mniej więcej na środku drewnianego pudełka, i jakby rękojeść miecza?” Pociągnęła za nasadę i usłyszała charakterystyczny dźwięk wydobywanej klingi.

-Broń.. – powiedziała lakonicznie i zszokowana wydobyła z siebie jeszcze kilka dźwięków. Nigdy wcześniej nie słyszała swojego głosu. Znów spróbowała wstać, upadła na zimną skałę. Ostra krawędź zraniła ją niebezpiecznie blisko lewego oka.
-Boję się. – głos dziewczyny załamał się, co tylko spotęgowało chęć płaczu. Drobne łzy poleciały ciurkiem, spływając szybko po policzkach.
-Nie masz czego. – cichy, męski szept dobiegł jej uszu.
-Kto to powiedział?
Zaniepokojona starała się dojrzeć cokolwiek w ciemności, ale jej oczy nie mogły przedrzeć się przez czarną gęstą mgłę.
-Nie zrobię ci krzywdy.
-Nie podchodź, mam broń. – zagroziła.
Mogła przysiąc, że usłyszała wtedy ciche prychnięcie. 
Ból z rany pod okiem utwierdzał ją w przekonaniu, że to nie sen.
-Nie podejdę. Musisz uciec, oni mogą tu wrócić.
-Jacy „oni”?
-Czy to ważne? – zapytał retorycznie – Nie próbuj wstawać. Zorientuj się gdzie jest wyjście, gdzie jest świeże powietrze.
Skinęła, ale w tej ciemności nikt by tego nie zauważył. Przerażona perspektywą spotkania tajemniczych oprawców, przewróciła się z niemałym wysiłkiem na plecy. Włożyła palec wskazujący do ust, dobrze go nawilżyła i wyciągnęła rękę przed siebie, jakby wskazywała na sufit. Po króciutkiej chwili dało się poczuć delikatny powiew, dolatujący jej ze strony głowy. Znów przewróciła się na brzuch co zostało opłacone kilkoma cennymi minutami spędzonymi na łapaniu oddechu.
-Pamiętaj nie wstawaj, nie dasz rady. – ostrzegł ją ten sam szept.
-D-dobrze. – powiedziała cicho, zlękniona stanem jej nóg i całą sytuacją w jakiej się znalazła.
Włożyła broń za pas sukienki, zgięła ręce w łokciach i podciągnęła je pod brodę. Wyciągnęła lewą rękę w przód i przyciągnęła się do niej. „Dobrze, teraz prawa.” – pomyślała. Na początku czołganie się szło jej całkiem sprawnie, jednak już po kilkunastu minutach poczuła ciepłą, lepliwą ciecz na swoich gołych przedramionach. Chropowata skała raniła ją z każdym centymetrem pokonanej drogi. Przygryzła wargę i zmusiła się do kolejnego ruchu. Wydała z siebie stęknięcie i padła umęczona na ziemię. Łzy znów wyciekły z jej oczu. Zmagała się sama z sobą by znów zacząć się czołgać. Chęć przetrwania okazała się silniejsza od bólu. Po kilkunastu metrach dotarła do końca korytarza, przed nią nie było żadnego wyjścia, ale za to nad nią, nad nią była jakaś pokrywa z malutką szczeliną dającą odrobinę światła, odrobinę nadziei. Padła zrezygnowana, udałoby jej się wydostać gdyby tylko mogła ustać na nogach. Przymknęła na moment oczy. "Nie chcę tu umrzeć."- tylko ta myśl pojawiała się teraz w jej głowie. Rozejrzała się wokół siebie, ściany może i miały jakieś nieregularne wyżłobienia, ale na pewno były one ostre, a jej ręce były już w opłakanym stanie, nie była pewna czy jej się uda.  Ostrożnie złapała się jednej z krawędzi. Miała rację nerwy w jej biednej dłoni zaskomlały jak oszalałe. Syknęła, ale złapała się również drugą ręką. Uśmiechnęła się zadowolona, ale zaraz skarciła się w myślach. „Nie ma się co cieszyć, najtrudniejsze przede mną.” Podciągnęła się ostrożnie czując jak skała dobiera się do mięsa w jej dłoni niczym głodny wilk rozszarpujący swą ofiarę. Krzyknęła z bólu. Pchnęła prawą ręką właz, oddychając ciężko. Złapała się kolejnej krawędzi i podciągnęła ostatkiem sił wydostając się na powierzchnię. Przeturlała się po złotym piasku lądując na plecach. Westchnienie ulgi, właśnie tym powitała czekający na nią świat. Drobinki piasku przylepiły się do jej ran tworząc błotnisto-krwistą warstwę na jej rękach. Długo leżała i chwytała oddech starając się przy tym przyzwyczaić oczy do jasnego, oślepiającego światła słonecznego. Nie dała rady, ostatecznie skończyła lekko przymykając powieki. Pierwsza rzecz na jaką spojrzała to jej nogi, wyglądało na to, że są nienaruszone, prócz tego, że jej skóra była nienaturalnie blada, jednak mimo to dziewczyna ledwie wyczuwała ich obecność. Dopiero teraz dostrzegła w co była ubrana - poszarpane łachmany w bordowe plamy przewiązane zwykłym sznurkiem w pasie. „Pewnie od krwi” – stwierdziła, spoglądając na jeden z kleksów. Jej uwagę przykuły skudlone fioletowe włosy sięgające niemal do jej kostek. Złapała jeden kosmyk.
-To moje? – Zaskoczona otworzyła szerzej oczy pozwalając się oślepić słońcu. Po kilku minutach wpatrywania się w fioletowe, poszarpane wstęgi przeniosła wzrok na włożoną za pas broń, spoczywającą teraz w pochwie. Miecz mógł mieć najwyżej 30 cm. Środek pochwy był obwinięty czarnym sznurkiem, tak samo jak cała rękojeść. Dziewczyna nie dobyła klingi, w obawie przed dawką bólu jaką zafundowałyby jej dłonie. Rozejrzała się wokół, próbując odgadnąć gdzie się znalazła. Piasek, piasek, piasek, piasek. Gdzie nie spojrzała otaczał ją złocisty pył. Na tle błękitnego nieba w oddali mogła dostrzec sylwetki czekających na jej śmierć ptaków.
-Nie mam już siły. – szepnęła do siebie i rozłożyła ręce najszerzej jak mogła – Niech się dzieje co chce. – wypowiadając te słowa straciła przytomność.

Szarooka kobieta o czarnych włosach, związanych białym materiałem w dwa warkocze stanęła na jednej z piaskowych wydm i wbiła wzrok w leżącą na ziemi postać. Zbliżyła się do niej uprzednio sprawdziwszy czy to nie pułapka.
-Fioletowe włosy... – powiedziała w zamyśleniu, głos miała twardy i surowy – te niekompetentne debile musiały ją z nią pomylić. Ale nawet wiek się nie zgadza, to jeszcze dziecko.
Nagle coś przykuło jej wzrok, wpatrywała się w miecz dziewczyny. Obok czarnowłosej kobiety stał teraz zipiący otyły, wysoki mężczyzna w czarnym stroju z liliowym kołnierzem.
-Pani kapitan, proszę tak nie gnać, nie mogę za panią nadążyć. – powiedział co chwilę łapiąc oddech, kobieta kompletnie go zignorowała. Dopiero teraz zauważył nieprzytomne dziecko leżące u jej stóp. –Waaah! Co ten dzieciak tu robi?!

- Omaeda, weźmiesz ją do czwartego oddziału, ma rozległe rany. Później będziemy musieli ją przesłuchać. To rozkaz. - dodała obarczając swojego podwładnego ostrym spojrzeniem. On skinął posłusznie głową i wziął dziewczynę na ręce krzywiąc przy tym nos w geście zniesmaczenia jakie przyszło do niego wraz z zapachem dziecka. Skierował swoje kroki w stronę Seireitei.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz