Etykiety

niedziela, 25 stycznia 2015

Bleach III

Kilka słów od autorki

Ohayo!
Jest tu jeszcze ktoś?

Bardzo mi miło, że otrzymałam swój pierwszy komentarz od 
Sabishii za co bardzo dziękuje (należy Ci się zapas melonowego chlebka *3*). Równocześnie bardzo przepraszam, że nie wrzucam tu żadnych notek, niestety jestem małym leniwym paskudnikiem i bywam kapryśna (szczególnie jeśli chodzi o jakąkolwiek formę pracy), ale postaram się  będę pisać częściej, mam nadzieję, że zaszczycicie mnie większą ilością swoich opinii. Standardowo przepraszam za błędy.
~Bye, bye.



Zamaskowany mężczyzna prowadził ją przez korytarze budynku oddziału. Nie odzywał się słowem. W końcu stanął przed jakimiś drzwiami.
-To twój nowy pokój, możesz teraz się tam rozgościć. Wyjdź kiedy będziesz gotowa. 

Mao przesunęła ostrożnie białą deskę i weszła do małego, ale przytulnego pomieszczenia ze sporym łóżkiem, drewnianą, jasną szafą na ubrania, oraz biurkiem. Przeciągnęła wzrokiem po ścianach wszystkie były schludne, szare, bez zacieków. Nad łóżkiem było spore okno z szerokim wewnętrznym parapetem, a na samym posłaniu leżała ciemna, perfekcyjnie złożona w kąt pościel. Gdzieś w rogu czaiły się kolejne drzwi, te skrywały łazienkę. Weszła do środka, oblała twarz zimną wodą i rozejrzała się po pomieszczeniu. Zielone, jasne płytki, narożny prysznic, ręczniki wiszące na haczykach no i oczywiście toaleta. Dopiero teraz spojrzała na lustro, na swoje odbicie. Wielkie złote oczy, drobny nos, małe usteczka i fioletowe włosy opadające kaskadami na jej ramiona, a sięgające kostek, z niesforną, postrzępioną grzywką przysłaniającą lekko lewe oko. Spojrzała w dół na swoje ubranie, dalej miała na sobie tę okropną białą, szpitalną koszulę. Podeszła do szafy i otworzyła ją w nadziei, że coś tam znajdzie. Nie myliła się, siedem takich samych kimon. Krótkich, sięgających może połowy jej uda. Górna część była biała, a dolna czerwona, do tego dołączone były czarne, kryjące bokserki, które były jednak krótsze od kimona, chyba po to, żeby nie świeciła zbytnią golizną. Ubrała na siebie przygotowany strój jednak bez sandałów, które wydały jej się zbyt głośne i ograniczające ruchy do normalnego funkcjonowania. Wyszła więc w biało-czerwonym stroju z godłem akademii Shino na piersi i obandażowanych dalej nogach, bez obuwia.
-Jesteś gotowa? – zapytał czekający na nią na zewnątrz oficer.
-Tak. – Przystanęła obok niego, zmierzył jej strój wzrokiem, nie skomentował jednak braku butów i zaczął iść w stronę wyjścia z baraków. W pewnym momencie zatrzymał się i złapał Mao w pasie, tak że zwisała. Świat zaczął przesuwać się ekstremalnie szybko, zamknęła oczy, robiło jej się niedobrze. Zamaskowany postawił ją na ziemi przed gigantycznym budynkiem, rzucił coś o pojawieniu się tu po zakończeniu zajęć i zniknął. Dziewczyna pewnie przekroczyła próg akademii, by dowiedzieć się o przykrym fakcie – wszyscy byli tutaj od niej wyżsi lub starsi i patrzyli na nią z nienormalnym zaciekawieniem, a nawet wytykali placami. Fioletowowłosa wypatrzyła w tłumie kogoś, kto nie był ubrany w podobny do niej uniform. Mężczyzna w średnim wieku o długich białych włosach, miał na sobie płaszcz Soifon-samy, tyle że z innym numerem na plecach – trzynastką. Dziewczyna podeszła do niego.
-Przepraszam.. –zaczęła
-Oh, witam. – uśmiechnął się szeroko – Zgubiłaś się? Chcesz dołączyć do akademii?
-Właściwie, nie wiem co mam tu robić.
-Jesteś pierwszy raz? Idź do tamtych drzwi, sprawdzą czy masz szansę na zostanie shinigami.
-Dziękuję.Krótko ścięta blondynka o niebieskich oczach podbiegła zziajana do białowłosego.

-Ukitake Taichou, co pan tu robi? My mieliśmy tu przyjść na zastępstwo.
-Znam cię... Kotetsu. Mao przyglądała się ze zmrużonymi oczami nowo przybyłej dziewczynie, patrzącej na nią ze zdziwieniem. Trwała tak chwilę po czym poszła w stronę wskazanych przez Ukitake drzwi, zostawiając zdziwioną dwójkę za sobą. Otworzyła je i weszła do słabo oświetlonego pomieszczenia.
-Proszę przejść na środek pomieszczenia. – rozległ się głos, nie mogła do końca określić skąd. Rozejrzała się i dojrzała w rogach głośniki.

-Czemu mówicie do mnie z głośników? – zdziwiła się, ale przeszła na metalową platformę.
-...nie powinna dojrzeć głośników.. – usłyszała zduszony szept – Ekhm.. proszę przygotować się do testu. Odczujesz porażenie prądem w nogach, nie będzie zbyt mocne, ma ono sprawdzić poziom twojego reiatsu. Jesteś gotowa?
-Haai.
Lekki ból rozszedł się po jej ciele, nie mogła się ruszyć. Jej włosy znów zaczęły unosić się w powietrzu, a pomieszczenie stało się nienaturalnie ciemne, usłyszała dźwięk tłuczonego szkła. To żarówka. - pomyślała.

-Cholera wyłącz to.. usłyszała nerwowy krzyk z głośnika i w końcu przestała odczuwać niemiłe uczucie świerzbienia całego ciała. Ciężkie oddechy osób z głośnika dobiegły jej uszu, ktoś otworzył z hukiem drzwi pozwalając wlać się do środka jasnemu światłu, które zmusiło dziewczynę ponownie do zmrużenia oczu, o wiele bardziej lubiła ciemność. To był ten sam białowłosy mężczyzna co wcześniej, a obok niego stała ta-druga-Kotetsu.
-Nikomu nic nie jest? Kto wywarł tę presję? Większość uczniów padła nagle na ziemie w szoku.
- To ten mały potwór. – poinformował głos z głośników a wzrok dwójki shinigami skierował się na fioletowowłosą, która tylko wzruszyła ramionami mówiąc tym „nie moja wina”. Białowłosy podszedł do niej z uśmiechem na ustach.
-Trafisz do klasy z przyspieszonym tokiem nauki, wytworzyć takie reiatsu..
-Co to jest reiatsu? – zapytała całkiem poważnie, na co dwójka odpowiedziała jej śmiechem jakby opowiadała najzabawniejszy żart na świecie, po chwili spoważnieli i spojrzeli po sobie.

-Wszystkiego dowiesz się na lekcjach. Więc jak ci na imię?
-Mao Feng, kapitanie.
-Feng?! – krzyknęła zszokowana ta-druga-Kotetsu, kapitan też spojrzał na nią zaskoczony.

-Soifon – sama, wysłała mnie tu żebym nauczyła się być shinigami, chociaż nie do końca wiem kim oni są, ale pewnie będę się zajmować śmiercią. – poprawiła miecz przy pasie.
-Mao.. – podjął Kapitan – my wszyscy jesteśmy duszami, a shinigami są strażnikami dusz, zapewniamy im bezpieczne przejście pilnujemy porządku w światach. –uśmiechnął się ciepło, dziewczynka przysłuchiwała się temu z zaciekawieniem.
-A reiatsu, co to jest?
-Myślę, że szczegóły wyjaśnią ci już na lekcjach. Ważne, żebyś wiedziała kim zostaniesz, gdy skończysz tę szkołę. Teraz, leć na zajęcia moi ludzie na pewno doprowadzili już wszystkich do normalności. Idź przed siebie, powinnaś dotrzeć do klasy, gdzie będzie czekał ktoś ubrany w haori takie jak moje. No już, nie spóźnij się. – pchnął ją lekko, a ona posłusznie zaczęła biec do klasy. Kiedy była już daleko kapitan spojrzał z zaniepokojeniem na swoją podwładną.

 – Musimy dowiedzieć się o niej nieco więcej.
Mao weszła do klasy, w której siedziała już dwójka uczniów. Wyglądali na pozór tak samo, obaj o zielonych oczach, tak samo ściętych, kręconych blond włosach z niesfornym kosmykiem opadającym na prawe oko. Mięli też znamię pod prawym okiem, w kształcie półksiężyca. Jednak fioletowowłosa zdawała się widzieć w nich jakąś różnice, ten po prawej wydawał jej się... Rozmyślania przerwało przeciągłe ziewnięcie. W oknie siedział mężczyzna w słomianym kapeluszu, o brązowych długich włosach, lekkim zaroście. Na strój kapitana narzucony miał różowy płaszcz w czerwone kwiaty, a w ręce trzymał sake.
-Będę waszym nauczycielem na zastępstwie. – głos miał chrypliwy, ale przyjemny dla ucha – Jestem Shunsui Kyoraku, kapitan 8 oddziału. Zwracajcie się do mnie jak wam odpowiada. Teraz.. jak się nazywacie?
Blondyn po prawej odezwał się pierwszy.
-Jestem Kichirou, a to mój brat Hideyoshi. – powiedział zadziornym głosem
-Świetnie... a ty mała?
-Mao Feng.
-Mao-chan, czyżbyś była spokrewniona z kaptan Soifon?
-Nie, po prostu tak mnie nazwała. – na twarzy mężczyzny pojawiło się zdziwienie, które jednak szybko zostało zastąpione uśmiechem.
-No nic, później z nią o tym porozmawiam. Chyba powinniśmy zacząć lekcje, tylko hm.. może, może od podstaw? – zapytał sam siebie i upił łyk sake – Więc... wiecie kim są shinigami, a czy wiecie czym jest reiatsu? Poddano was próbie, prawda? Te okropne wynalazki Kurotsuchiego.. – dziewczynę mimowolnie przeszedł dreszcz na wspomnienie o twarzy kapitana dwunastego oddziału, splamionej w jej krwi – W każdym razie, reiatsu jest energią duchową, a wy tutaj macie najwyższą energię pośród pierwszorocznych, niektórzy z tego co poczułem wyższą od innych. Jest kilka istot, które mogą manipulować reiatsu: shinigami, quincy i arrancarzy. Jeżeli nauczycie się odpowiednio je kontrolować będziecie w stanie sparaliżować przeciwnika, dokonać zniszczeń przez samo uwolnienie energii lub co chyba najważniejsze ukryć ją. Energia każdej duszy ma inny kolor, nie zależy to od siły, a od osobowości. Teraz, czy któreś z was potrafi uwolnić reiatsu? – Hideyoshi podniósł dłoń w górę z lekkim zażenowaniem. – Nie ma się co wstydzić, może pokażesz nam swój kolor? –skinął głową.Jego blond włosy podniosły się lekko, jakby bujane na wietrze, nie szalały tak jak jej fioletowa czupryna. Powietrze wokół niego zabarwiło się na biało i zaczęło falować.-Dobrze, wystarczy. Teraz wy spróbujcie. Wyobraźcie sobie ogień wewnątrz was, jego kolor i postarajcie się pozwolić mu rozrosnąć się, ogarnąć wasze ciało.

-Dasz radę bracie.
Mao starała się zobaczyć ogień o którym mówił Shunsui. W końcu po kilku minutach bezczynnego stania z zamkniętymi oczami i ściągniętymi w koncentracji brwiami, dała radę go dojrzeć. W okolicy jej serca, nie... zamiast serca, czarny niczym noc ogień, w ciemności otoczenia można było go dojrzeć jedynie dzięki fioletowej, cienkiej otoczce, która go okrywała. Rośnij – nakazała w myślach, a on poruszył się nerwowo i zaczął palić wszystko na swojej drodze. Otworzyła oczy znów było wokół niej ciemniej, jej włosy unosiły się chaotycznie w powietrzu. Uśmiechnęła się do siebie, ale zaraz usłyszała trzask łamiących się ławek i dźwięk tłuczonego szkła.
-Mao-chan... przestań. – powiedział spokojnie, stał teraz obok bliźniaków.
-Jak?
-Tak samo jak je uwolniłaś, zmniejsz je, rozkaż. To twoja energia.

Malej. – pomyślała, a ciemna materia natychmiast znikła. Usłyszała westchnięcie ulgi, które zaraz zmieniło się w szczery śmiech.
-Brawo, masz reiatsu na niesamowitym poziomie. Tylko nie uwalniaj go bez powodu, jest zdolne do wielkich szkód.
-Dobrze... – przeniosła wzrok na dwójkę bliźniąt Kichirou wydawał się być zły

-Moja kolej. – powiedział – Nie będę gorszy od niej.
-Oi, braciszku. Zachowuj się. – zaskomlał ten drugi
-Jasne, jasne. Po prostu pozwól mi robić swoje.
Chłopak spiął wszystkie mięśnie, i zmarszczył brwi, na jego czole pojawiły się krople potu. W końcu, powietrze wokół niego zafalowało i zalśniło czerwienią podnosząc przy tym do góry jego włosy. Był silniejszy od brata, ale jego reiatsu było na niższym poziomie niż Mao.
-Świetnie. – pochwalił go kapitan – Chyba koniec tych nudnych rzeczy na dziś. Zajmiemy się teraz waszym ciałem. Podszedł do okna i wspiął się na dach.
-Kyoraku-sensei? – Mao wychyliła się i spojrzała w górę, mężczyzna wygodnie rozłożył się i popijał sake
-Na dół, biegać i weźcie ze sobą ciężarki leżące przy wyjściu. I nie obijajcie się, będę was obserwować.Dziewczynka obejrzała się na bliźniaków Hideyoshi uśmiechał się tylko zażenowany podczas gdy jego brat zdawał się wręcz emanować duchem walki.
-JAZDA!!! POKAŻEMY MU CO TO ZNACZY DOBRZE BIEGAĆ, BRACISZKU. – krzyczał drugi bliźniak
-Hai, hai. Idź przodem narwańcu. Mao-chan idziesz? 
Przytaknęła i pobiegła za nimi. Okazało się że każdy z nich dostał równo 20 kilo dodatkowego ciężaru do bigania. Po dwie dziesięciokilogramowe opaski na nogi. Mocno zacisnęła rzepy i wyszła na zewnątrz akademii.
-Biegacie wokół, jedno okrążenie ma wam zająć dziesięć sekund. Liczcie swoje kroki, każde okrążenie ma zawierać ich coraz mniej. Będziecie tak długo biegać aż w końcu , któremuś z was uda się to osiągnąć. – nalał sobie sake i naciągnął kapelusz, tak by upalne słońce nie raziło go w oczy.
-Sensei... ta szkoła jest ogromna... jak mamy tak szybko ją obiec. To nie możliwe.

-To i tak jest nic w porównaniu z tym co ja musiałem przechodzić, kiedy uczył mnie Yama-jii. Nie narzekać, biegać. –ziewnął i położył się na plecach, musiał przecież odpocząć po tym całym nauczaniu...Mao biegła już 15 okrążenie, prowadziła grupę, czego nie mógł znieść Kichirou. Nie moja wina, że jestem szybsza – pomyślała. Fakt, że nogi już solidnie ją bolały, ale mogła biec dalej, no i udawało jej się zmniejszyć dystans o paręnaście kroków. Uznała to za swój sukces, ale nie było się czym cieszyć. Według jej wyliczeń pierwsze okrążenie przebiegła w minutę i dwadzieścia sekund, a każde kolejne zdawało się może odejmować jedynie kilka setnych sekundy. To za mało. – jęknęła w myślach. Oddech miała coraz cięższy. A gdyby użyć reiatsu, tylko przekierować je do nóg? Co wtedy? Starała się przywołać swój wewnętrzny ogień, skierować go na nogi, na stopy. Wzmocnić się. W końcu coś poczuła, ale nie wyglądało to jak jej wcześniejsze reiatsu. Białe błyskawice skakały po całych jej nogach i wokół, zaginały powietrze, okręcały je. Nie była pewna czy one same nie były po prostu dziwną formą powietrza. Jednak nagle poczuła się bardzo lekko, jakby mogła się unosić w powietrzu. Odepchnęła się mocniej nogą od ziemi i była już kilkanaście metrów dalej, znów kolejne odepchnięcie i kolejny wielki dystans pokonany. Nie biegła, ona skakała? Może bardziej leciała, ale kiedy już się zatrzymała stała przed zszokowanym nauczycielem, który aż zadarł do góry kapelusz.
-M-mao chan.. czy ty.. wiesz co zrobiłaś?
-Wypełniłam twoje zadanie? – zapytała opadając zmęczona na dachówkę, oddech miała coraz cięższy.
-To też, ale.. zdajesz sobie sprawę czego używałaś? Ta technika, znam dwie osoby, które ją opanowały,a ty właśnie używałaś czegoś co można nazwać niedoszlifowanym shunko. Między innymi kapitan Soifon potrafi jej używać.
-Kim jest ta druga osoba?
-Yoruichi.
-Yoru... kim ona jest?
-Kiedyś była mistrzem Soifon.

-A gdzie jest teraz?
-Kto wie?
-Oiiiiii! Fiołkowa głowo, różowy kapitanie. Co to było? – przerwał ich rozmowę ten-irytujący-z-braci

-Wasza przepustka do odpoczynku, chociaż nie do końca chodziło mi o tę technikę. Jutro też to powtórzymy. A teraz, przejdźmy do kolejnych zajęć, dopiero południe. Mamy masę czasu do zmierzchu.
-Więc? Co teraz? – zapytał cichszy z bliźniaków.
-Kidou. Przejdźcie na tamten wygrodzony teren, ten z tarczami. -Mężczyzna złapał dziewczynkę i użył tej samej techniki, której wcześniej doświadczyła podczas podróży z zamaskowanym oficerem drugiego oddziału. Chociaż tym razem wydawało jej się, że wszystko porusza się jeszcze szybciej. Odstawił ją obok siebie i poczekał, aż pozostała dwójka przybiegnie na miejsce, kiedy już się zjawili kontynuował wypowiedź. – Kidou jest techniką, w której shinigami skupia swoją energię do użycia zaklęć. Możecie to zrobić jeżeli wypowiecie odpowiednią formułę. Jeśli będziecie odpowiednio biegli, będziecie mogli używać zaklęć bez wypowiadania tych długich, nudnych inkantacji, ale bez nich moc czaru nie będzie tak duża. Są trzy rodzaje kidou; bakudou – zaklęcia obronne, hadou – niosące zniszczenie i kaidou – leczące. Zaczniecie od hadou 31 Shakkaho.
-Haaaaa?? Taki wysoki poziom? 31? Dlaczego?
-Bo wiem, że dacie radę. – uśmiechnął się zażenowany.
-Sensei. – dziewczyna spojrzała na niego spokojnie
-Tak, Mao-chan?
-Po prostu zapomniałeś inkantacji do wcześniejszych zaklęć, prawda?

Szczęka opadła mu na chwilę, a na czole pojawił się pot. Tak szybko się domyśliła. Sprytny dzieciak. Zaśmiał się głupio i zignorował jej uwagę.
-WAAAAH!? Ma rację?! Co z ciebie za nauczyciel?! –pieklił się blondyn
-Spokojnie braciszku.
-He, he... nieważne, nieważne. Zaczynajmy. Pozwólcie reiatsu przepływać przez wasze żyły. Wyobraźcie sobie, że pulsuje w was niczym krew, a kiedy będziecie gotowi powiedzcie: Władco wszechrzeczy! Ty, który nosisz ludzkie imię i maskę z ciała i krwi! Który przybywasz pośród trzepotu skrzydeł! Ty, który jesteś palącym chaosem wojny! Przetocz się gwałtowną falą poprzez krańce mórz i skieruj swe kroki ku południu!Czerwona kula ognia, pojawiła się przy jego wyciągniętej ręce, była może wielkości dłoni. Wycelował dłonią w jedną z tarcz.-Shakkaho. – powiedział swoim lakonicznym tonem, a ogień wystrzelił niczym pocisk w stronę i tarczy i rozniósł ją w pył, zostawiając po sobie jedynie tlące się szczątki.

-Super. – powiedział w zachwycie spokojniejszy-z-bliźniaków.
-Prawda? – wyszczerzył się brązowowłosy – Teraz wasza kolej.
Każde z nich ustawiło się naprzeciw tarczy wystawiając rękę w stronę celu. Mao przymknęła oczy, czarna energia miała wstąpić w jej żyły, płynąć spokojnie, harmonijnie. Tym razem wewnętrzny ogień miał przyjąć formę cieczy. Słyszała jak Hideyoshi wypowiada dobitnie każde słowo inkantacji, świst powietrza i w końcu, mały wybuch, a także aprobatę śmierdzącego-sake-nauczyciela. Wzięła kilka głębokich oddechów i zaczęła mówić.
- Władco wszechrzeczy! Ty, który nosisz ludzkie imię i maskę z ciała i krwi! Który przybywasz pośród trzepotu skrzydeł! Ty, który jesteś palącym chaosem wojny! Przetocz się gwałtowną falą poprzez krańce mórz i skieruj swe kroki ku południu! – głos miała spokojny, może trochę cichy, ale pewny siebie. Wiedziała, że jej się uda, jakiś cichy głos jej to podszeptywał. Cichy, męski głos... ten sam, który mówił do niej w podziemiach. Jej głos załamał się, a oczy zamgliły. Spanikowała. Nie mogła pojąć jak mogła znów usłyszeć ten głos.. – Shakkaho! – powiedziała głośniej, jednak czerwona kula zmieniła tor swojego lotu, kierując się na jednego z bliźniaków. W mgnieniu oka obok blondyna stał kapitan, poważna mina zagościła na jego twarzy. Mięśnie były napięte.
-Danku! – Przezroczysty prostokąt pojawił się przed nim i chłopcem. Zniwelował uderzenie i rozpadł się z dźwiękiem tłuczonego szkła. 
– Matko... To było całkiem silne Mao-chan co Ci się stało?
-Nic takiego rozkojarzyłam się. Chcę spróbować jeszcze raz.
-Hai, hai.
Tym razem o wiele łatwiej przyszło jej wyobrażenie sobie mocy w jej ciele. Po kilku sekundach wygłaszała inkantacje, nie słyszała szeptów. Spokojnie wycelowała i strzeliła doszczętnie niszcząc tarczę. Odetchnęła z ulgą. Wcześniej musiało jej się wydawać.
-Wspaniale. Mao, jesteś niezwykle utalentowana.
-Dziękuję sensei. – wyraz jej twarzy w ogóle się nie zmienił.
-To nie fair. Ja próbuję wytworzyć tę głupią kulkę już od 20 minut i nic. – jęknął Kichirou.
-Ćwicz dalej, nie każdy musi być utalentowany w kidou. A jeśli o was chodzi, zajmiemy się bakudou dziewiątym. To trochę się różni od pozostałych, bo wymaga napisania znaku w powietrzu przed aktywowaniem. Przyglądajcie się uważnie. Obróć Się W Niwecz, Czarny Psie Rondalnini! Przeczytaj Te Słowa, Spal Je Na Popiół I Rozerwij Swą Gardziel Własnymi Szponami! – mężczyzna nakreślił szybko w powietrzu jakieś linie, celując przy tym w stojącego dalej manekina. – Geki. – biedny szmaciak pokrył się czerwoną aurą, która zdawała się go miażdżyć z każdą chwilą.
-Kyoraku-sensei, to było niesamowite... zapamiętałeś inkantację. – zauważyła Mao

-He, he.... może już zaczynajcie. – uśmiechnął się krzywo i usiadł gdzieś dalej na ziemi przyglądając sie swoim uczniom. To jasne, że jedno z nich odstaje i wcześniej zakończy edukacje. Napił się odrobinę sake i doszedł do wniosku, że właśnie skończył kolejną butelkę. Przeniósł wzrok na wrzeszczącego coś do niego w podekscytowaniu Kichirou, młody chłopak nawet nie zdawał sobie sprawy, że celowal w swojego piekielnie przystojnego nauczyciela czerwoną kulą ognia. Nie wypowiedział jeszcze komendy uwalniającej, a pocisk leciał w stronę zrelaksowanego, podchmielonego szatyna. Cholera, nie zdążę nawet zareagować. Nie trzeba było tyle pić – skarcił się w myślach. Znikąd pojawiła się przed nim fioletowa czupryna szarpana jeszcze przez pęd powietrza.
-Danku. – powiedziała spokojnie, a tarcza pojawiła się między nią i ogniem. Pocisk uderzył w przezroczystą przeszkodę i rozmył się jak gdyby nigdy nie istniał, pozostawiając tarczę bez szwanku. Odetchnęła z ulgą i obejrzała się na zszokowanego kapitana. Nie mógł wydusić z siebie słowa jeszcze dobre paręnaście sekund.

- OIII! Różowy kapitanie nic Ci nie jest, przecież Cię nie uderzyłem? Oiii... – blondyn pochylał się nad nim i szarpał za ramię, próbując uzyskać odpowiedź.
-Ty, ty właśnie użyłaś zaklęcia z osiemdziesiątego pierwszego poziomu, bez inkantacji.
-Ty też. – zauważyła lakonicznie.
-Ja to co innego, ty jesteś tylko uczniem i to twój pierwszy dzień. Jak?
-Czy ja wiem, widziałam raz jak to robisz. Wystarczyło, to takie instynktowne.
-Myślę, że skończymy dziś zajęcia. Mam sporo rzeczy do przemyślenia i muszę się napić. – drugie zdanie powiedział bardziej sam do siebie niż do podopiecznych. Złotooka spojrzała na niego pytającym wzrokiem, ale szybko przypomniała sobie, że po zajęciach miała spotkać się z oficerem. Bez słowa szybkim biegiem udała się przed wejście do akademii. Shinigami wzbudzał duże zainteresowanie młodzieży co zdawało się go irytować. Dziewczyna stanęła obok niego.
-Musimy iść, czekają na ciebie. – wziął ją na ręce i znów użył tej zawrotnej szybkości z ulgą oddalając się od ciekawskich uczniów. 

niedziela, 23 lutego 2014

Bleach II

Kilka słów od autorki.
Konbanwa! Jak się macie, Wy którzy tu zaglądacie? Ja jestem zmęczona, jutro mam tyle do zrobienia ;_;. No, ale to nie jest mój kącik żalu, nie będę narzekać na życie. Zapraszam do czytania i jak najmocniej przepraszam za błędy, których jest tu na pewno pełno, bowiem nie sprawdziłam dokładnie. Niech słodycz melonowego chlebka osłodzi Wam ten tydzień. *3*
~Bye, bye.

Porucznik poważnie zastanawiał się nad tym jak długo jeszcze zdoła wstrzymywać oddech, by nie dopuścić do siebie smrodu jakie roztaczała dziewczynka. Ile ona tam mogła być? – zadał sobie pytanie w myślach patrząc na jej nogi.Od kostek do kolan były nieskazitelnie białe, ale stopy były czarno-brązowe, umorusane w czymś o czym nawet nie chciał myśleć. Przeciągnął wzrok na ręce. Kompletnie zmasakrowane dłonie i poranione przedramiona, obsypane piachem. Anielska twarz dziecka była teraz rozpalona, a zaraz pod lewym okiem z średniej wielkości rozcięcia sączyła się powoli krew. Mężczyzna westchnął. Zapomniał na chwilę o zapachu,  jednak długo nie czekał by zaraz się nim zachłysnąć i doprowadzić się niemal do płaczu. Nie wytrzymam tego. – jęknął  i zerknął tęsknie w stronę mijanej sadzawki. Kapitan wydała jednak wyraźne polecenie by zabrać ją szybko do czwartego oddziału, nie miał wyboru, jedyne co mógł zrobić to przyspieszyć kroku.


Isane wypełniała papierkową robotę przy swoim biurku gdy jedna z pielęgniarek wpadła do jej pokoju.
- Sytuacja awaryjna, mamy ciężko ranne dziecko.
Szarowłosa skinęła lekko głową i podwinęła rękawy. Prowadzona przez blondynkę w różowym kitlu znalazła się w głównym hallu gdzie porucznik Omeada stał z małą fioletowowłosą dziewczynką na rękach.
-Znaleźliśmy ją na pustyni. – powiedział, gdy tylko zobaczył porucznik 4 oddziału.
-Rozumiem. Zajmiemy się nią możesz już odejść.
-Muszę prosić o natychmiastową informacje o jej wyzdrowieniu.
-Chyba nie chcecie jej przesłuchiwać, to tylko dziecko. – spojrzała na jej twarz skąpaną w niezdrowym rumieńcu – Nieważne. – nie pozwoliła mu odpowiedzieć. –Nosze. – rzuciła komendę, dziewczynka po chwili była wnoszona do wielkiej łaźni.
Wicekapitan przywołała do siebie jedną pomocniczkę, reszcie kazała wyjść. Zdjęła z dziewczynki ubrania i zdziwiona odłożyła zapieczętowany miecz na bok. Rozpoczęła mycie, nie mogła zacząć jej leczyć kiedy wszystkie rany były zabrudzone. Z przyniesionego wcześniej słoja wysypała aromatyczne zioła, które zabarwiły wodę na jasny odcień zieleń. Ostrożnie ułożyły nieprzytomną dziewczynkę w wannie i rozpoczęły oczyszczanie jej z brudu, woda szybko straciła swój piękny kolor i stała się brunatno brązowa, a jednak kiedy wyjęły pacjentkę i zaczęły ją wycierać była czysta, nieskazitelnie biała, jedynie z różowych ran wylewała się czerwona, kontrastująca posoka. Kotetsu oceniała stan jej ran, te na dłoniach wyglądały jak szarpane, przedramiona były całe pocięte, podobnie jak uda.
-Wygląda na to, że się czołgała. – zauważyła cicho zakładając krótką koszulę na jej nagie ciało. Zabrała się do smarowania i bandażowania ran, w końcu dotarła do twarzy dziecka. Czerwona stróżka cały czas leniwie wypływała z ranki pod okiem. Nie mogła zatrzymać krwawienia, żadna maść nie chciała działać, a naklejony plaster szybko przesiąkał krwią. W końcu doszła do wniosku, że poprosi Hanataro o zatamowanie tej jednej rany, a na razie odniesie ją do sali. Wychodząc z łaźni zauważyła Kapitana Hitsugaye rozmawiającego o czymś z uśmiechniętą kapitan Unohaną. Kobieta w warkoczu szybko skończyła z nim rozmowę i podeszła do swojej podwładnej.
-Isane, co się stało temu aniołkowi? 
-Znaleziono ją w takim stanie na pustyni, pani kapitan.
Powieki fioletowowłosej uchyliły się. Złote przymrużone oczy przeniosły się z białowłosego chłopca w dziwnym ubraniu na kobietę o okropnie związanych włosach.
-Obudziła się. – zauważyła Isane. – Nie bój się słoneczko jesteś tu bezpieczna.
-Nie czuje nóg. – zignorowała jej uwagę.
Kobieta w białym ubraniu podobnym do chłopca z oddali zmarszczyła brwi.
-Zaraz się tym zajmiemy.
Położono ją w szpitalnym łóżku, a czarnowłosa zaczęła oględziny jej nóg.
-Taichou.. ja przepraszam, nie zauważyłam problemów z jej nogami.
-Nie masz za co. – Unohana odsunęła się od łóżka – Ja też ich nie widzę. – dodała ciszej, a jej wicekapitan starała się ukryć szok przed dziewczyną leżącą w łóżku.
Obie kobiety wyszły zostawiając osuwającą się znów w objęcia morfeusza dziewczynkę.
Unohana przejrzała już wszystkie kompendia wiedzy medycznej jakie tylko miała, a jednak nic nie tłumaczyło choroby dziewczynki. Niemożności poruszania nogami, odczuwanie przerażającego chłodu, brak reakcji na dotyk. Zbadała nawet jej kręgi i próbowała ustalić czy paraliż jest związany z układem nerwowym, ale i tam nic nie znalazła. Rozważała truciznę, ale toksykologia nic nie wykazała. Nawet Minazuki nie zdołała jej uleczyć. Była jedna osoba... szalona, która mogłaby znaleźć jakieś niekonwencjonalne rozwiązanie, ale Unohana wiedziała, że dyrektor Sekcji Rozwoju Technologii nie pomoże za darmo. Westchnęła cicho.
-Isane. – przywołała do siebie dziewczynę. – Pójdziesz do Kapitana Kurotsuchiego, dasz mu to. – wręczyła jej kopertę.
Szarowłosa już miała coś powiedzieć, ale jak zawsze wycofała się w ostatniej chwili. Wzięła kopertę od dowódcy i pognała w stronę baraku oddziału 12. Nikt nie lubił tam przychodzić. Mayuri Kurotsuchi był znany ze swoich okrutnych eksperymentów, więc Isane korzystając z okazji dała list jego córce, samej pośpiesznie się oddalając.
Nemu szybko biegła w stronę laboratorium swojego ojca zatrzymując się idealnie przed drzwiami i pukając jedynie dwa razy, przypomniała sobie, że ostatnio gdy zapukała trzy razy kapitan nie był zadowolony.
-Kurotsuchi-sama. – zaczęła gładko jeszcze zza drzwi.
-Czego chcesz Nemu, jestem zajęty.
-Proszę wybaczyć mam list od kapitan Unohany.
-Wejdź. – rozległo się zza drzwi, odczekała sekundę i weszła kłaniając się swojemu kapitanowi.
Mężczyzna pociągnął gwałtownie za kopertę rozcinając przy tym w jednym miejscu dłoń wicekapitan, nie przejął się tym specjalnie. Szybko rozdarł zamknięcie i wyjął kartkę zapisaną schludnym pismem dowódcy 4 oddziału. Kiwał przy tym głową, a w pewnym momencie oczy zalśniły mu niebezpiecznie.
-Wspaniale! Wiem co jej jest. – rzucił za siebie zmiętą kartkę i ruszył przed siebie zbierając po drodze fiolkę stojącą w głębi szafki. – Nemu przypomnij mi później żebym cię ukarał za wykonywanie zadań należących do kogoś innego.
-Tak jest, Kurotsuchi-sama. – dziewczyna skłoniła się głęboko i pobiegła za niebieskowłosym.
Tym razem do jej pokoju weszła nie tylko okropnie-uczesana-Unohana, ale też wymalowany demon i piękna lalka. Nie było jednak z nimi głośnego grubasa.  Właśnie tak w myślach nazwała ludzi leżąca od tygodnia w łóżku dziewczynka. Wymalowany demon – mężczyzna o niebieskich włosach, żółtych zębach, złotym nakryciu głowy i tym samym dziwnym płaszczu który nosiła paskudnie-uczesana-Unohana, zbliżył się z potwornym uśmiechem do jej nóg. Patrzyła na niego zaciekawiona, ale nie wystraszona, co wyraźnie go zirytowało.
-Nie boisz się? – spojrzał na nią kątem oka pochylony nad jej nogami, nie odpowiedziała – Zadałem pytanie.
-To na nic, nie odezwała się do nas słowem odkąd powiedziała, że nie czuje nóg. – powiedziała zmartwionym tonem dziwnie uczesana.
-Więc może powinienem zrobić coś żeby zaczęła krzyczeć. – uśmiechnął się do swojego pomysłu, ale na twarzy najlepszego medyka seiretei można było dostrzec przez krótką chwilę postać, którą była zanim Kurotsuchi został kapitanem 12 oddziału. Mimowolnie przeszedł go dreszcz. Przeklął w myślach człowieczeństwo, które jeszcze w nim zostało dodając kilka soczystych przymiotników. – Nic dziwnego, że nie mogłaś jej wyleczyć. To bardzo rzadkie zaklęcie pieczętujące, bakudo 200 poziomu.
-Dwusetnego. – wydała się poruszona, dziewczynka przeciągnęła nawet na nią wzrok.
-To zakazane zaklęcie, wiąże reiatsu właściciela wpuszczając przy tym do zainfekowanego miejsca moc użytkownika techniki, które pieczętuje ruchy, a przy tym jest niewykrywalne. Znam tylko jedną osobę, która potrafi je usunąć i macie szczęście, że kiedyś mogłem zobaczyć jak to robi. Uprzedzam to nie będzie przyjemne. – uśmiechnął się i jednym szybkim ruchem głęboko rozciął obie nogi dziewczyny, tuż przy kostkach. Krew trysnęła mu na twarz, wyglądał przerażająco. Przerażona otworzyła szerzej oczy i zacisnęła dłonie na prześcieradle, nie krzyczała, dalej nic nie czuła.
-Mayuri.. – zaczęła Unohana, ale Nemu złapała ją za ramię.
-Proszę zaufać Kurotsuchi-samie, pani kapitan.
Tymczasem mężczyzna oblewał swoje dłonie zielonym płynem z fiolki.
-Ty, który masz moc ciemnej nocy, usuwający lisie demony, samotny, najmądrzejszy, dzielny. Wyrwij korzenie zła, wznieć tajfun oczyszczenia. – Ręce niebieskowłosego zalśniły srebrnym blaskiem. Brutalnie włożył je w rany na nogach dziewczyny, a z chwilą gdy to zrobił jej całe ciało ogarnęła ogromna czarna aura z fioletową otoczką. Dwójka kapitanów wydała się przez chwilę tym przytłoczona. Nie spodziewali się, że będzie w stanie wytworzyć reiatsu na poziomie kapitana. Włosy dziewczynki uniosły się w górę jakby zwiane przez wichurę. Po chwili wszystko ustało, a ona skrzywiła się patrząc na swoje nogi. Unohana natychmiast uruchomiła kaido, bez wymawiania żadnej inkantacji i zabrała się do leczenia ran dziewczyny.
Mężczyzna z numerem 12 na plecach właśnie otwierał drzwi.
-Dziękuję. – powiedziała do niego fioletowowłosa.
-Nie myśl, że zrobiłem to za darmo. – odpowiedział nie do końca pewny czy mówi to do dziewczynki czy do Unohany, uśmiechnięty ruszył planować nowe ciekawe doświadczenie, na które wpadł przy dziewczynie.
-Isane! – przywołała do siebie szarowłosą
Drzwi otworzyły się cicho.
-Nasza pacjentka wyzdrowiała, dopilnuj, aby kapitan Soifon się o tym dowiedziała.
-Nie będzie takiej potrzeby. – dziewczynka rozpoznała głos grubasa i skrzywiła się nieco na wspomnienie o tym jak głośny potrafi być. Dziś był jednak poważny. – Zabieram ją natychmiast na przesłuchanie.
-Powinna jeszcze.. – nie dokończyła Kotetsu, bo dłoń kapitan spoczywała teraz w uspokajającym geście na jej ramieniu. Westchnęła, nie mogła nic zrobić. – Została wyleczona, ale może mieć zanik mięśni w nogach i prawdopodobnie nie będzie w stanie szybko się poruszać. – mężczyzna skinął głową.
-Jest coś jeszcze. – dodała czarnowłosa – Czułeś wcześniej to reiatsu? – przytaknął – Należało do niej.
-My-myślałem, że to Kenpachi ściągnął opaskę od kapitana Kurotsuchiego. – zszokowany spojrzał na zdziwioną dziewczynkę. – po chwili ciszy doszedł do wniosku, że nie ma czasu się teraz nad tym zastanawiać, podziękował członkom 4 oddziału i wziął małą na ręce.
-Puszczaj grubasie mogę iść sama. – powiedziała spokojnym głosem, po minucie jego szybkiego biegu.
-NIE JESTEM GRUBY TYLKO PULCHNY! – wykrzyczał jej niemal do ucha, skrzywiła się lekko patrząc na niego z wyrzutem – Mogłabyś okazać trochę szacunku w końcu to ja Cię tu przyniosłem. – zignorowała jego wypowiedź.
Postawił ją na ziemi dopiero przed wejściem do baraków 2 oddziału. W środku były o wiele bardziej ekskluzywne od tych należących do oddziału 4. Podgrzewana podłoga, pięknie pomalowane ściany, drzewka bonzai, a mijając dwójkę zamaskowanych mężczyzn dosłyszała coś o gorących źródłach. Ona jednak została zaprowadzona do mniej przyjemnego, ciemnego miejsca i posadzona na chybotającym się krześle. Nie czekała długo, do środka weszła po cichu szczupła, niska kobieta o czarnych włsach związanych w dwa warkocze. Nosiła ten sam biały płaszcz co Unohana, więc dziewczynka domyśliła się, że musi być kimś ważnym. Drzwi zamknęły się za nią z głuchym łoskotem. Stanęła naprzeciw krzyżując ręce na piersi i mierząc ją wzrokiem.
-Jak się nazywasz? – zadała w końcu pytanie, miała taki ostry ton głosu, fioletowowłosa wiedziała, że lepiej odpowiadać na wszystkie pytania.
-Nie mam imienia, przynajmniej go nie pamiętam.
-Skąd jesteś? – kontynuowała nie wzruszona jej odpowiedzią.
-Nie wiem.
-Jak znalazłaś się na pustyni?
-Wyszłam z jakiejś podziemnej jaskini.
-Jak dostałaś się do podziemi?
-Nie wiem obudziłam się tam..- kontynuowała lakonicznie.
-Czyje to zanpaktou? – rzuciła znaną jej broń pod nogi
-Nie wiem, leżało obok mnie w tej jaskini. Co to jest zanpaktou?
-To ja zadaję tu pytania. Czy ktoś był z tobą w jaskini? –złotooka zawahała się, nie była pewna czy chce odpowiedzieć – Mów.
-Tak, jakiś mężczyzna. Powiedział mi żebym szybko uciekała bo oni mogą wrócić.
-Jacy oni?
-Nie wiem.
Czarnowłosa westchnęła.
-Omeada..- mężczyzna otworzył drzwi – Zbierz grupę i przeszukaj miejsce gdzie ją znaleźliśmy, powinna tam być jakaś jaskinia macie ją przebadać.
-Tak jest. Taichou co będzie z tym dzieciakiem? Uwolniła takie reiatsu.
-To nie twoja sprawa. Jazda, wykonać rozkaz.- pulchny mężczyzna oddalił się w pośpiechu pokrzykując na kolegów z oddziału.

-Teraz, kiedy jesteśmy same. – spojrzała w złote oczy dziewczynki, były podobne do oczu jej mistrzyni.. – Będziesz uczęszczać do akademii shinigami oraz pobierać praktyki u mistrzów w Onmitsukido. Omeada za wszystko zapłaci, nie przejmuj się. Teraz twoje zakwaterowanie... – Fioletowowłosa nie do końca rozumiała kim są shinigami lub dlaczego kapitan-surowy-wzrok jest jej przychylna, ale doceniała to. –będziesz mieszkać w akademiku naszego baraku. Wszystko jasne? Któryś z oficerów pokaże ci dokładnie twoje mieszkanie. - spojrzała na nią ostro - Jeżeli twoje szkolenie się powiedzie przyjmę cię do swojego oddziału, może nawet zacznę szkolić. Wracając do kwestii braku imienia, od dziś jesteś Mao Feng, noś to imię godnie i nie zszargaj mojego nazwiska. Masz się do mnie zwracać kapitan Soifon lub kapitan Feng.
-Dziękuję, ale dlaczego to wszystko dla mnie robisz, Soifon-sama? - kapitan przygryzła wargę, dziewczynka jak na swój wiek zadała nadzwyczaj problematyczne pytanie, z drugiej jednak strony nie miała pojęcia ile tak na prawdę ma lat, więc.. - Soifon-sama? - wyrwała ją z myśli, maska obojętności natychmiast wróciła na twarz czarnowłosej.
-Porozmawiamy o tym, kiedy dołączysz do mojego oddziału, teraz powinnaś zająć się treningiem. - odpowiedziała zdawkowo i machnęła na jednego z jej niżej położonych podwładnych. - Pokaż jej mieszkanie, później zaprowadź do Shinoreijutsuin i wskaż drogę do mentorów z Onnmitsukido. Nie zapomnij miecza. - rzuciła na pożegnanie i  użyła shunpo, by jak najszybciej oddalić się od ciekawskich złotych oczu.

niedziela, 16 lutego 2014

Bleach I

=3=
Kilka słów od autorki
Konbanwa! Mój pierwszy rozdzialik, proszę bardzo! Korzystajcie z dobrodziejstw, które tu daje *rozrzuca melonowy chlebek*. Jeśli ktoś TO kiedyś przeczyta i dojrzy tu błędy albo nie daj boże mu się spodoba,  to proszę śmiało komentować, będzie mi miło. Przepraszam, że krótkie, i że (zapewne) pełne błędów. 
~Bye, bye.

Ciemność. Obudziła się w ciemności. Spróbowała wstać - nadaremnie. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Usłyszała swój świszczący oddech, denerwowała się coraz bardziej. Zaczęła błądzić dłońmi wokół, starając się przy tym wyczuć ściany, zorientować się gdzie jest. "Co to?" - zapytała samą siebie. Uważnie obracała w dłoni podłużny przedmiot.
 Jakiś sznurek mniej więcej na środku drewnianego pudełka, i jakby rękojeść miecza?” Pociągnęła za nasadę i usłyszała charakterystyczny dźwięk wydobywanej klingi.

-Broń.. – powiedziała lakonicznie i zszokowana wydobyła z siebie jeszcze kilka dźwięków. Nigdy wcześniej nie słyszała swojego głosu. Znów spróbowała wstać, upadła na zimną skałę. Ostra krawędź zraniła ją niebezpiecznie blisko lewego oka.
-Boję się. – głos dziewczyny załamał się, co tylko spotęgowało chęć płaczu. Drobne łzy poleciały ciurkiem, spływając szybko po policzkach.
-Nie masz czego. – cichy, męski szept dobiegł jej uszu.
-Kto to powiedział?
Zaniepokojona starała się dojrzeć cokolwiek w ciemności, ale jej oczy nie mogły przedrzeć się przez czarną gęstą mgłę.
-Nie zrobię ci krzywdy.
-Nie podchodź, mam broń. – zagroziła.
Mogła przysiąc, że usłyszała wtedy ciche prychnięcie. 
Ból z rany pod okiem utwierdzał ją w przekonaniu, że to nie sen.
-Nie podejdę. Musisz uciec, oni mogą tu wrócić.
-Jacy „oni”?
-Czy to ważne? – zapytał retorycznie – Nie próbuj wstawać. Zorientuj się gdzie jest wyjście, gdzie jest świeże powietrze.
Skinęła, ale w tej ciemności nikt by tego nie zauważył. Przerażona perspektywą spotkania tajemniczych oprawców, przewróciła się z niemałym wysiłkiem na plecy. Włożyła palec wskazujący do ust, dobrze go nawilżyła i wyciągnęła rękę przed siebie, jakby wskazywała na sufit. Po króciutkiej chwili dało się poczuć delikatny powiew, dolatujący jej ze strony głowy. Znów przewróciła się na brzuch co zostało opłacone kilkoma cennymi minutami spędzonymi na łapaniu oddechu.
-Pamiętaj nie wstawaj, nie dasz rady. – ostrzegł ją ten sam szept.
-D-dobrze. – powiedziała cicho, zlękniona stanem jej nóg i całą sytuacją w jakiej się znalazła.
Włożyła broń za pas sukienki, zgięła ręce w łokciach i podciągnęła je pod brodę. Wyciągnęła lewą rękę w przód i przyciągnęła się do niej. „Dobrze, teraz prawa.” – pomyślała. Na początku czołganie się szło jej całkiem sprawnie, jednak już po kilkunastu minutach poczuła ciepłą, lepliwą ciecz na swoich gołych przedramionach. Chropowata skała raniła ją z każdym centymetrem pokonanej drogi. Przygryzła wargę i zmusiła się do kolejnego ruchu. Wydała z siebie stęknięcie i padła umęczona na ziemię. Łzy znów wyciekły z jej oczu. Zmagała się sama z sobą by znów zacząć się czołgać. Chęć przetrwania okazała się silniejsza od bólu. Po kilkunastu metrach dotarła do końca korytarza, przed nią nie było żadnego wyjścia, ale za to nad nią, nad nią była jakaś pokrywa z malutką szczeliną dającą odrobinę światła, odrobinę nadziei. Padła zrezygnowana, udałoby jej się wydostać gdyby tylko mogła ustać na nogach. Przymknęła na moment oczy. "Nie chcę tu umrzeć."- tylko ta myśl pojawiała się teraz w jej głowie. Rozejrzała się wokół siebie, ściany może i miały jakieś nieregularne wyżłobienia, ale na pewno były one ostre, a jej ręce były już w opłakanym stanie, nie była pewna czy jej się uda.  Ostrożnie złapała się jednej z krawędzi. Miała rację nerwy w jej biednej dłoni zaskomlały jak oszalałe. Syknęła, ale złapała się również drugą ręką. Uśmiechnęła się zadowolona, ale zaraz skarciła się w myślach. „Nie ma się co cieszyć, najtrudniejsze przede mną.” Podciągnęła się ostrożnie czując jak skała dobiera się do mięsa w jej dłoni niczym głodny wilk rozszarpujący swą ofiarę. Krzyknęła z bólu. Pchnęła prawą ręką właz, oddychając ciężko. Złapała się kolejnej krawędzi i podciągnęła ostatkiem sił wydostając się na powierzchnię. Przeturlała się po złotym piasku lądując na plecach. Westchnienie ulgi, właśnie tym powitała czekający na nią świat. Drobinki piasku przylepiły się do jej ran tworząc błotnisto-krwistą warstwę na jej rękach. Długo leżała i chwytała oddech starając się przy tym przyzwyczaić oczy do jasnego, oślepiającego światła słonecznego. Nie dała rady, ostatecznie skończyła lekko przymykając powieki. Pierwsza rzecz na jaką spojrzała to jej nogi, wyglądało na to, że są nienaruszone, prócz tego, że jej skóra była nienaturalnie blada, jednak mimo to dziewczyna ledwie wyczuwała ich obecność. Dopiero teraz dostrzegła w co była ubrana - poszarpane łachmany w bordowe plamy przewiązane zwykłym sznurkiem w pasie. „Pewnie od krwi” – stwierdziła, spoglądając na jeden z kleksów. Jej uwagę przykuły skudlone fioletowe włosy sięgające niemal do jej kostek. Złapała jeden kosmyk.
-To moje? – Zaskoczona otworzyła szerzej oczy pozwalając się oślepić słońcu. Po kilku minutach wpatrywania się w fioletowe, poszarpane wstęgi przeniosła wzrok na włożoną za pas broń, spoczywającą teraz w pochwie. Miecz mógł mieć najwyżej 30 cm. Środek pochwy był obwinięty czarnym sznurkiem, tak samo jak cała rękojeść. Dziewczyna nie dobyła klingi, w obawie przed dawką bólu jaką zafundowałyby jej dłonie. Rozejrzała się wokół, próbując odgadnąć gdzie się znalazła. Piasek, piasek, piasek, piasek. Gdzie nie spojrzała otaczał ją złocisty pył. Na tle błękitnego nieba w oddali mogła dostrzec sylwetki czekających na jej śmierć ptaków.
-Nie mam już siły. – szepnęła do siebie i rozłożyła ręce najszerzej jak mogła – Niech się dzieje co chce. – wypowiadając te słowa straciła przytomność.

Szarooka kobieta o czarnych włosach, związanych białym materiałem w dwa warkocze stanęła na jednej z piaskowych wydm i wbiła wzrok w leżącą na ziemi postać. Zbliżyła się do niej uprzednio sprawdziwszy czy to nie pułapka.
-Fioletowe włosy... – powiedziała w zamyśleniu, głos miała twardy i surowy – te niekompetentne debile musiały ją z nią pomylić. Ale nawet wiek się nie zgadza, to jeszcze dziecko.
Nagle coś przykuło jej wzrok, wpatrywała się w miecz dziewczyny. Obok czarnowłosej kobiety stał teraz zipiący otyły, wysoki mężczyzna w czarnym stroju z liliowym kołnierzem.
-Pani kapitan, proszę tak nie gnać, nie mogę za panią nadążyć. – powiedział co chwilę łapiąc oddech, kobieta kompletnie go zignorowała. Dopiero teraz zauważył nieprzytomne dziecko leżące u jej stóp. –Waaah! Co ten dzieciak tu robi?!

- Omaeda, weźmiesz ją do czwartego oddziału, ma rozległe rany. Później będziemy musieli ją przesłuchać. To rozkaz. - dodała obarczając swojego podwładnego ostrym spojrzeniem. On skinął posłusznie głową i wziął dziewczynę na ręce krzywiąc przy tym nos w geście zniesmaczenia jakie przyszło do niego wraz z zapachem dziecka. Skierował swoje kroki w stronę Seireitei.

sobota, 15 lutego 2014

M-mój pierwszy raz. *///*

Konbanwa! Jestem Meron-panu i postaram się wrzucać tu opowiadania.
 Będą one umieszczone w uniwersach moich ulubionych anime. Jest to mój pierwszy blog i pewnie okaże się beznadziejny. Nie proszę jednak o wyrozumiałość... Internety nie znają litości...
 Planowane są opowiadania (Również tak zwane shounen ai..- dodaje szeptem) z : Bleacha, SNK, KHR i  D. Gray Mana. Jeżeli ktoś kiedyś będzie tu coś czytał (-Jaaasne nie oszukuj się kochana.. -Cicho mózgu. *bierze gryz melonowego chlebka*) i zechce ujrzeć tu jakieś konkretne opowiadanie mojego autorstwa, to proszę się nie krępować, i w komentarzu zostawić sugestię. Tooo chyba tyle, dziękuję za uwagę.
~Bye, bye.